Follow by Email

29.12.2011

Od nienawiści do miłości

W czasach, kiedy byłam bajtlem ledwo trafiającym do toalety, w maminej kuchni na szafkach widniały włocławskie dzbanki, fajansiarskie kubki i różne temu podobne. Wtedy nie zwracałam na wyżej wymienione uwagi. Kiedy jednak dorosłam, otoczyłam wszystkie, które pozostały w całości obrzydzeniem i nienawiścią. Nie na tyle, żeby tłuc i wyrzucać, ale co najmniej chować w najgłębszych zakamarkach. Och jak mnie drażniły niebieskości włocławka. Jaką wsią mi to zajeżdżało w naszej wielkomiejskiej kuchni :) Na szczęście nigdy nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać tych, które pozostały w całości. Od lat dwudziestu stały ów fajanse na kuchennej szafce, wyyyyysoko. Kurzyły się, ktoś (zwykle ja) czasem je umył i odstawiał w to samo miejsce. Do wczoraj, kiedy to otoczyłam wszystkie "kurczaczki" kwoczą miłością. Umyłam, wychuchałam, wygłaskałam i biorę do rąk z wielkim namaszczeniem. Leciwe porcelany rzuciły mi się w oczy z wysokości kuchennych i kazały czym prędzej na taboret się wdrapać. Ochy i achy sadzę na lewo i prawo, bo to cudne wszystko, bo leciwe, bo, jakby nie było, rodzinne dziedzictwo. Tyloletnie, że aż starsze ode mnie. Nie oddam, nie wypuszczę z rąk, kuchnię ozdobię i póty będzie ze mną, puki nie potłucze się w drobny mak :) 
Moi mili, 

Fabryka Porcelany Wałbrzych  




I włocławskie cuda





Cukier i Mąka stoją już w szeregu ze współczesną porcelaną, a niebieskości wylądują na oknie kuchennym, jak będzie czas na usunięcie aranżacji świątecznej :)
Nawiązując dalej do miłosno-nienawistnych perturbacji muszę wspomnieć o summicie. I znowu...dawno temu spróbowałam, bom się zakochała we wzorze. Po kilku rządkach coś nie poszło i stwierdziłam, że nic poza ciskaniem drutami z tego nie będzie. Zawzięłam się wczoraj i moimi super extra nowymi drutami zaczęłam summit. Coś nie poszło, ale nie poddałam się. Zaczęłam jeszcze raz i wyszło :) Zrobiłam tylko cztery kolumny, bo chciałam mieć efekty natychmiastowe. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Oto i moja próbka :)


Z opisem in polish pod ręką wszystko wychodzi super. Tylko teraz, kiedy już wiem jak, to nie do końca jestem pewna, czy chcę taki szal :)
Pozdrawiam 

6 komentarzy:

  1. Och pamiętam tamte włocławskie niebieskości, ale chyba też były i brązy i zielenie, bo przeija mi się to charakterystyczne "malarstwo" przed oczami pamięci. Ja je lubiłam i lubię, ale moja mama miałą kilka sztuk, dosłownie, więc nie jest to powalająca ilość, szczególnie teraz. A czy przypadkiem nie jest już zamknięta ta fabryka we Włocławku?

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie w rodzinie takich porcelanowych skarbów nie ma, ale Tobie się wcale nie dziwię, że je odkurzyłaś i wykorzystałaś, do ciepłej, rustykalnej kuchni pasują jak ulał. A pomysł na szalik popieram - będziesz miała nietypowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ skarby odkopałaś! U mnie mama lubiła mieć takie rzeczy, ja w "posagu" dostałam większość z mamy serwisu ślubnego (ma 33 lata i jest starszy ode mnie). Oryginał Włocławek! Jest biały w delikatne zielone kwiatki i napisano na nim "Porcelana":) Przez jakiś czas leżał na strychu, bo nie miałam gdzie trzymać. Teraz używam od wielkiego święta. Wzór na szal jest niesamowity, ale chyba ja nie potrafię rozszyfrować opisu, choć jest po polsku:) A bym chciała...

    OdpowiedzUsuń
  4. @Hrabino, z poszukiwań w necie wynika, że jakaś fabryka we Włocławku jest, ale czy to właśnie TA, tego nie wiem.
    @Intensywnie Kreatywna, faktycznie w mojej kuchni odnalazły swoje miejsce. Szalik już ma swoją fankę w mojej Mamie :)
    @KasiaN, do summita trzeba cierpliwości, ale nie jest trudny. Tylko trzeba ciągle liczyć oczka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne porcelanowe cudeńka :)Ach, jak ja lubię oglądać takie rzeczy...

    OdpowiedzUsuń
  6. śliczne porcelanowe perełki;)lubię bardzo!
    M.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...